Często mówi się o tym, że steampunk umiera. Najczęściej słowa te padają przy okazji premiery kolejnej steampunkowej powieści. Jasne, zazwyczaj etykieta steampunkowej powieści służy sprzedaży kompletnego chłamu z najniższej półki. Od czasu do czasu do księgarni trafia jednak tytuł, który stawia na głowie wszystko co wiedzieliśmy do tej pory.

Pierwszy tom trylogii Jana Maszczyszyna pojawił się, kiedy nikt się go nie spodziewał, ale kiedy wszyscy go potrzebowaliśmy. W tamtym czasie, steampunk wydawał się kompletnie zdeprecjonowanym nurtem. Przez półki księgarń przetoczyły się całe zastępy lichych, produkowanych taśmowo czytadeł, którymi wydawcy próbowali stworzyć nowy trend wśród czytelników young adult. Parowa fantastyka nie okazała się jednak następcą wampirzych romansów paranormalnych, a oficyny szybko znalazły nowy model biznesowy – młodzieżową postapokalipsę.

Próba zaszczepienia steampunku w mainstreamie okazała się klapą, o której długo przypominały kosze z przecenionymi książkami, wypełnione tytułami takimi jak „Mechaniczny książę”, „Mechaniczny anioł”, czy „Mechaniczne pająki” (żadnego z tych tytułów nie zmyśliłem).

Zastał steampunk plastikowy, zostawił mosiężny

Czasy, w których steampunk kojarzył się z intelektualną zabawą były odległym wspomnieniem i nic nie wskazywało, aby miały wrócić. I wtedy pojawiły się „Światy solarne”. Podczas, gdy bełkot zalegający w koszach przyzwyczaił nas do powierzchownego i pretekstowego traktowania steampunku, Maszczyszyn od swoich czytelników oczekiwał ogromnej wyobraźni.

Niezapowiedziana powieść zaatakowała nas alternatywną fizyką, biologią i astronomią. Podczas gdy podobne zabiegi u – dajmy na to – Teda Chianga, stanowiły błyskotliwy, ale krótki żart, Maszczyszyn poszedł na całość i z niemal dadaistycznym zacięciem, kazał odrzucić zdrowy rozsądek. To szaleństwo konsekwentnie utrzymywał, opowiadając historię. Kiedy tylko czytelnik uspokoił się, przekonany, że zrozumiał fundamenty wymyślonego uniwersum, autor wywracał jego obraz do góry nogami, utrzymując atmosferę szaleństwa i bezradności w obliczu kompletnie obcej i groteskowej rzeczywistości. Wszystko to było zabiegiem celowym i – co najważniejsze – nieprawdopodobnie udanym.

I tak trafiamy do pewnego układu słonecznego. Wokół gwiazdy orbituje dziewięć planet, o swojskich nazwach. Akcja skupia się na trzeciej, pokrytej kilkoma znajomymi kontynentami. Wszystko wydaje się być na swoim miejscu. Co prawda, ludzkość bez problemu przemieszcza się między różnymi globami, Ziemia uznawana jest za niemodny grajdół, a Australia jest radioaktywnym piekłem, ale to przecież da się wytłumaczyć… Alternatywna apokalipsa? Zapomniane pradzieje na modłę „Battlestar Galactica”? Nic z tego. Autor podąża w zupełnie innym kierunku. Kiedy okazuje się, że miejsce akcji znajduje się w zupełnie innej części galaktyki niż nasza poczciwa Ziemia, jasne staje się, że do zrozumienia fabuły, należy jak najszybciej zapomnieć o wszystkim, co wiemy na temat świata.

Aborygeni się teleportują, a rasizm trwa w najlepsze

Przewodnikiem po tym informacyjnym chaosie został sir Ashley B. Brownhole, główny bohater, który z wydawcy prasy na Wenus musiał przeistoczyć się w kosmicznego awanturnika. Okazało się bowiem, że cywilizacja ludzi zostaje najechana przez obcych, żywo przypominających pnie drzew. Tymczasem w Australii mieszkali Aborygeni zdolni do teleportacji… Brzmi groteskowo? Na kartach powieści ma to jednak sens. Dlatego uwierzcie, że nie da się streścić tej książki tak, żeby nie brzmiało to jak rojenia szaleńca.

„Światy Solarne” to z pozoru wiktoriańska space opera na modłę „Space 1889”. Wydaje się kompletnym eskapizmem, by za chwilę bezlitośnie połączyć niedorzeczne fantazje z twardym SF. Czasami przypomina „Wojnę światów” Wellsa, by za chwilę stać się traktatem religijnym.

Pierwsza część cyklu, to kompilacja pomysłów, których nigdy wcześniej nie było. Trzeba jednak uczciwie zaznaczyć, że to nie jest prosta lektura. Nie ma tu mowy o kiczowatej, przesłodzonej, fasadowej wizji świata z podpisywanych jako steampunk powieści młodzieżowych. Nawiązania do XIX wieku u Maszczyszyna nie są czynnością kosmetyczną. Obok gwiezdnej przygody toczy się wątek kolonialny – całkowicie bezkompromisowy, przesiąknięty białym rasizmem sprzed dwóch stuleci, wraz z wszystkim, co logicznie wynika z ówczesnego toku myślenia (podobnie świat opisywał Moore w „Lidze niezwykłych dżentelmenów”).

Dla czytelnika wychowanego na poprawności politycznej, styczność z takimi opisami skończyłaby się szokiem, ale autorowi nie chodziło tylko o osłupienie. Wątek społeczny w spójny sposób wynika z mrocznej strony XIX wieku. To miejsce, gdzie optymistyczny Verne zetknął się z brutalnością prawdziwego świata.

Cronenberg byłby dumny

XIX wiek z fantastyką łączy się nie tylko na pokładzie statku kosmicznego. Równie dosadna jest sprawa modyfikacji biologicznych i mutacji, która rozpoczęła się ciężkim do przełknięcia, a równie konsekwentnym dla takiego świata, wątkiem modyfikacji układu rozrodczego. Kiedy już to zaakceptowaliśmy i kontynuowaliśmy lekturę – autor zaserwował kolejne ciosy, najpierw żywo przypominające cyberpunk wszczepy, a na koniec body horror, którego nie powstydziłby się David Cronenberg!

Po wywołaniu mętliku w głowie, cykl powrócił w „Światach Alonbee”, które przedstawiły stosunkowo prostą historię. Po szalonych perypetiach z tomu poprzedniego, bohaterowie znaleźli się na obcej planecie, gdzie musieli poradzić sobie w kontaktach z tubylcami, oraz życiem osobistym. Autor chyba zreflektował się, że do tej pory jego postaci znajdowały się na marginesie jego zainteresowań, ustępując opisom bogatego świata. Środkowy tom, okazał się niejako przystankiem, który miał przede wszystkim przedstawić tytułową bohaterkę finału: „Hrabiankę Asperię”.

I to najwyraźniej był moment, w którym Maszczyszynowi puściły wszystkie hamulce. Dwie poprzednie książki okazały się zaledwie przedsmakiem do ostatniej, liczącej blisko 700 stron cegły. Charakterystyczny dla serii surrealizm został podniesiony do kwadratu, a fabularne wybryki znów doprowadziły do opadnięcia szczęk (i to pomimo stopniowego przesuwania granic wrażliwości). Zgodnie z zasadami filmowych sequeli wszystkiego jest tu więcej, wątki nabierają tempa a postaci mnożą się na potęgę. Nic jednak nie zaskakiwało tak, jak to, że autor w jakiś cudowny sposób nad tym wszystkim panował i na koniec swoje wybujałe fantazje splótł w logiczny i satysfakcjonujący finał.

Oryginalność się nie sprzedaje

Bezkompromisowość powstrzymała „Światy Solarne” przed staniem się literackim przebojem, ale trzeba pamiętać, że miejsce na szczycie listy bestsellerów, zarezerwowane jest dla dzieł masowych i prostych. Trylogia Maszczyszyna to dzieło wyjątkowe w swojej nieprzystępności, które wymaga od czytelnika pokonanie muru niejasnych wątków i odrażającej estetyki. Ostatecznie, lektura w pełni wynagradza ten wysiłek.

Jak na ironię, pomimo regularnego psioczenia na brak oryginalnych pomysłów, kiedy czytelnicy otrzymali dzieło wyłamujące się z wszelkich ram gatunkowych, zupełnie nie byli nim zainteresowani. Niezależnie od tego, „Światy Solarne” przypomniały jedną istotną, ale nieoczywistą zasadę. Steampunk jest narzędziem do opowiadania historii, nie celem samym w sobie.

Zobacz też