Nowozelandzki „Perfect Creature” to dla fanów dieselpunku taki prezent od losu. Mało kto o tym filmie wie, a dla gatunku to niemal dzieło wzorcowe.

Wśród fanów dieselpunku istnieje taki męczeński zwyczaj przypominania przy każdej okazji, o tym, jak mało jest w stu procentach dieselpunkowych filmów. Rzeczywiście, poza kilkoma perełkami w postaci (powszechnie i niesłusznie odrzuconego) „Sky Kapitana”, czy Indiany Jonesa nie znajdziemy dieselpunku na kinowych afiszach.

Wystarczy jednak szybki research przez chronologię dieselpunku w „Steampunkopedii” i forum Dieselpunks.org (po odsianiu wspomnianego na początku narzekania), żeby zbudować satysfakcjonującą listę mniej znanych, niezbyt spektakularnych ale doskonałych filmów w klimacie fantastyki retro. Na wysoką pozycję w takim spisie zasługuje na pewno „Perfect Creature”, nowozelandzka produkcja łącząca cechy horroru, fantasy i historii alternatywnej, która 9 lat po premierze pozostaje praktycznie nieznana.

Dobre wampiry żyją w zakonie

Krótki prolog przedstawia nam zarysy świata „Istoty doskonałej”, którego historia z znanej nam ścieżki zboczyła, kiedy, na skutek genetycznych manipulacji dokonanych przez alchemików, na świat przyszły pierwsze wampiry. Przyszłość nie przyniosła masowego rozlewu krwi i sprowadzenia ludzi do roli pożywienia. Wręcz przeciwnie. Silniejsi i długowieczni krwiopijcy, jako doskonalsze istoty, zostali uznani za bliższych Bogu.

Tym samym, odbierane matkom przy porodzie wampiry stworzyły ascetyczny zakon „Braci”, którego członkowie ślubowali wykorzystać swoje unikalne dary dla dobra ludzkości. Trwającą trzy wieki równowagę zakłóca tajemnicza zaraza i wampir-renegat, który postanawia polować na ludzi.

Między Dickensem i „Sokołem maltańskim”

Z jakichś przyczyn autorzy doszli do wniosku, że po trzech stuleciach przedstawiony świat będzie wyglądać jak mieszanka skrytych w przytłaczającej architekturze lat 40. XX wieku i dickensowskich dzielnic biedoty. Nie czuję potrzeby rozważania na ile jest to rozsądny pomysł. Zamiast tego poświęcę chwilę na wyrażenie radości spowodowanej kilkoma szerokimi ujęciami dieselpunkowego molocha, patrolowanego przez majestatyczne sterowce.

To jeden z pierwszych kadrów w tym filmie. Kilkusekundowy przejazd kamerą przez wygenerowany na komputerze krajobraz nie pozostawia wątpliwości z jakim filmem mamy do czynienia. Zaśmieconymi, wąskimi uliczkami przejeżdżają konne zaprzęgi i auta z pierwszej połowy XX wieku. O tym co dzieje się na świecie, mieszkańcy klaustrofobicznych kwater dowiadują się z ogromnych gazet i topornych telewizorów, z niewielkimi, monochromatycznymi ekranami.

To wizja, która mogłaby pojawić się w głowie Terry’ego Gilliama, ale reżyser „Brasil” zapewne wykorzystałby ją do przedstawienia znacznie mniej dosłownej historii. Wydaje mi się, ze w większym stopniu Glenn Standring czerpał z „Mrocznego miasta”. To zarazem plus, jak i minus. Nawiązując do dusznej atmosfery stworzył zupełnie nowe dzieło, za co należą się brawa. Z drugiej strony, niewielki światek dieselpunka staje się coraz bardziej monotematyczny, kiedy wypełniają go niemal wyłącznie urbanistyczne antyutopie.

Chcieli dobrze, ale byli biedni

Tutaj pojawia się największa wada „Perfect Creature” i wypominanie jej niestety przypomina kopanie leżącego. O ile przemilczeć można zaledwie poprawną grę aktorów i odrobinę zbyt chaotyczną narrację, to niski budżet niestety kuje w oczy. Podobno jest to jeden z najdroższych filmów nakręconych przez nowozelandzkie studia. Co z tego, skoro nadal mamy do czynienia z mizernymi środkami (ok. 11 mln USD). Kiedy akcja przenosi się do wnętrz (na szczęście w większości bardzo klimatycznych), by spędzić tam większość z zaledwie 88 minut filmu, szybko odczuwamy, że reżyser chciał nakręcić coś zupełnie innego, a po prostu nie miał na to pieniędzy.

 

Bardzo bym chciał, aby nakręcono remake lub sequel z odrobinę wyższym budżetem – takim, który pozwoliłby na zachowanie autorskiej niezależności, ale także na pełniejsze przedstawienie plastycznej wizji. Biorąc jednak pod uwagę, że niemal dekadę po premierze nikt do tego tematu nie wraca, możemy ze smutkiem założyć, że otwarte zakończenie filmu będzie na zawsze pożegnaniem z tym uniwersum. Na pocieszenie pozostaje oczekiwanie na „Thelomeris”, które podobno jest już na ukończeniu.

Ocena (głównie za chęci)

Perfect Creature (2006)
Reż.
Glenn Standring

Fanom dieselpunku spodoba się: Alternatywny świat, będący wypadkową lat 40. i XIX wieku, posępna antyutopia;

W skrócie: Dieselpunkowe wampiry z Nowej Zelandii.

Zobacz też