Groteskowy film twórców „Delicatessen” i „Amelii” to doskonały przykład tego, że najlepsze i najbardziej archetypowe filmy w klimacie steampunka powstają, kiedy ich twórcy nawet nie wiedzą o istnieniu takiej konwencji.

Oglądając „Miasto zaginionych dzieci” nie można oprzeć się wrażeniu, że film powstał jako laurka dla fanów steampunka. Niemal cały czas obrazowi towarzyszą rdzawe barwy, kojarzące się z sepią. Mroczny świat z pogranicza XIX-wiecznej dzielnicy portowej i postapokaliptycznego osiedla pokrywają świadectwa dawnej technologii, a obok nich na porządku dziennym są futurystyczne gadżety. W wywiadach z reżyserami na próżno jednak szukać jakiejkolwiek wzmianki o tym gatunku.

Czy Jean-Pierre Jeunet i Marc Caro tworząc „Miasto zaginionych dzieci” mieli chociaż cień pojęcia o istnieniu czegoś takiego jak steampunk, albo dieselpunk – nie wiem. Z perspektywy fana nurtu mogę jednak śmiało powiedzieć, że nie powstał żaden film, który w większym stopniu pasował do estetyki „parowego śmiecia”. Filmowe miasto jest industrialne, brudne, jednocześnie zaawansowane technologicznie i pokryte rdzą. Tak jakby, w pewnym momencie rozwój tej cywilizacji został zatrzymany, a kolejne pokolenia żyły na butwiejących ruinach dawnej świetności. To jednak zgubna droga do interpretacji.

Przeciętny widz oglądając dzieło Francuzów pomyśli o spotkaniu Terry’ego Gilliama z Davidem Lynchem i prawdopodobnie takie były intencje autorów: stworzenie nie kina fantastyczno-naukowego, tylko surrealistycznej baśni, której nie należy rozpatrywać dosłownie. Przepiękna estetyka jest w więc tylko tłem dla fantasmagorycznego szaleństwa scenariusza.

Jego osią jest osoba szalonego naukowca. Za tym wyświechtanym określeniem nie kryje się szablonowy superłotr. Chociaż Krank łączy szaleństwo z okrucieństwem, a jego czyny są odrażające, to celem popełnianych zbrodni nie jest władza ani pieniądze, tylko sny. Właśnie tak – mieszkając na otoczonej polem minowym platformie wiertniczej, zajmuje się kradzieżą snów, które same nie pojawiają się w jego głowie. W działaniach towarzyszą mu asystentka-karlica, klony nieudolnie imitujące ludzi i tajemniczy mózg, utrzymywany przy życiu w akwarium.

Sny Krank odbiera dzieciom porywanym w pobliskim portowym miasteczku. Ten proceder trwa, aż w sidła pracujących dla niego zrobotyzowanych cyklopów wpada młody brat upośledzonego cyrkowego siłacza. Ten, w towarzystwie nastoletniej dziewczynki rusza tropem porywaczy, aż w końcu trafia do chorego świata stworzonego na stalowej wyspie.

Duszną atmosferę zawdzięczamy scenografii Jeana Rabasse, który swoją mroczną wyobraźnię uzewnętrznił później w „Vidocq”. Przez mroczny świat prowadzą nas niepokojące zdjęcia Dariusa Khondji. Można pomyśleć, że na tle tak wyrazistej strony wizualnej, aktorzy będą tylko kukiełkami z trudem walczącymi o uwagę widza. Nic bardziej mylnego – przerysowani bohaterowie świetnie dopełniają groteskową wizję reżyserów. Najbardziej w pamięć zapada, rzecz jasna, Ron Perlman, w roli ułomnego i zdesperowanego osiłka z trudem wypowiadającego każde słowo (Perlman nie znał francuskiego, a każdej kwestii uczył się na pamięć).

Lata, które minęły od premiery obeszły się z „Miastem zaginionych dzieci” stosunkowo łagodnie. Opowiedziana historia nadal robi wrażenie, chociaż jest w cieniu olśniewającej wizji ponurej rzeczywistości. Niezależnie czy chcemy nacieszyć oko, czy duszę, dla steampunkowców jest to pozycja obowiązkowa. Tak samo jeżeli obejrzycie to jako metaforę utraconego dzieciństwa, czy dla tylko fajnych obrazków.

Ocena:

La Cité des enfants perdus (1995)
Reż. Jean-Pierre Jeunet, Marc Caro

Co spodoba się fanom dieselpunku: mroczne, retrotechnologiczne wizje i wszechobecny anachronizm.

W skrócie: Francuscy czarodzieje kina w szczytowej formie.

Zobacz też