Steampunkowi zdarza się czasami budować wymyślone od podstaw światy, ale nie da się ukryć, że najbardziej skrzydła rozwija jako historia alternatywna. Wtedy stara się odpowiedzieć na pytania: co gdyby przeprowadzono zamach na królową Wiktorię, co gdyby CSA wygrały wojnę secesyjną itd. itp. W tym steampunkowym szaleństwie Robert Charles Wilson poszedł najdalej, rozważając co by było gdyby w pewnym momencie z mapy świata zniknęła cała Europa… by na koniec ujawnić, że chodziło mu o coś zupełnie innego.

Europa zniknęła na początku XX wieku. Bez ostrzeżenia i z nieznanych przyczyn. Wraz z nią wszyscy obecni na niej ludzie i jakikolwiek ślad po cywilizacji. W miejscach gdzie jeszcze niedawno istniały Londyn, Paryż czy Berlin pojawiły się dziewicze dżungle, gęste od obcych roślin i fauny, które nie mogły być dziełem znane nam ewolucji. Zresztą spopularyzowany przez Darwina koncept szybko stracił większość zwolenników, a w obliczu Cudu, który przecież musiał być dziełem boskiej interwencji, a na pozostałych kontynentach najgłośniej usłyszeń można było religijnych fundamentalistów.

Nowa epoka odkryć

W odmienionej historii nie doszło do Wielkie Wojny, ale świat po stracie Europy bynajmniej nie stał się ostoją pokoju i miłości. Istniejące i rosnące w siłę w nowej rzeczywistości mocarstwa zaczęły konkurować o nowe kolonie i szansę na spełnienie imperialnych ambicji. Do ich starcia doszło w miejscu ironicznie nazywanym Darwinią. Do tego nowego dziwnego świata wyrusza Guilford, amerykański fotoreporter, który postanawia na własną rękę poznać tajemnice cudownego lądu i odnaleźć jego przyczynę.

Nigdy nie ukrywałem, że najbardziej do steampunku ciągnie mnie ze względu na nieograniczone pokłady eskapizmu. To echo tej Verne’owskiej przygody, droga w nieznane, przez białe plamy na mapach i nieskrępowana wiara w to, że w równikowym gąszczu kryją się ruiny i zapomniane cywilizacje czekające na odkrycie. Pod tym względem Wilson osiąga mistrzostwo, tworząc wyszukany hołd dla klasyczne powieści przygodowej spod znaku Haggarda i Burroughsa, wzbogacony o współczesne spostrzeżenia. Wraz z Guilfordem zapuszczamy się poza granice kolonii, wraz z bohaterem dopisując kolejne rozdziały do reportażu ze spotkania z miejscem, na którym wcześniej nie postawił stopy żaden człowiek.

A potem włącza się… „Matrix”

Ta mistrzowska jazda bez trzymanki trwa mnie więcej do połowy, kiedy autor postanawia przedstawić przyczyny wydarzeń i udowodnić, że da historia ma jedna odrobinę sensu. Wtedy nagle powieść traci maskę uroczej niedorzeczności skręca w rejony twardej fantastyki, podpierając się niebanalną teorią wieloświatu, a nawet fizyką kwantową. Nie będę zdradzać zakończenia, ale podpowiem, że symptomatyczny jest rok premiery książki, w którym pojawiły się takie tytuły ja „Trzynaste piętro”, „Existenz” czy „Matrix”.

Nie zrozumcie mnie źle, również pod tym względem Wilson tworzy dzieło wybitne, ale zamiast zagłębiać się w istotę rzeczywistości, wolałbym jednak zostać w darwińskiej dżungli. Nie jestem szczególnie wymagającym czytelnikiem i jeżeli mam wybierać między pulpem spod znaku „Zaginionego świata” a wyszukaną literaturą, to zawsze z szaleństwem w oczach wybiorę to pierwsze. Cóż, wolę niedorzeczności.

Ocena:

Darwinia, A novel of very differend twentieth century
Robert Charles Wilson

Fanom steampunku spodoba się: Zaginiony świat, alternatywny XX wiek, fantastyka podróżnicza.

W skrócie: Symulowany steampunk

Zobacz też